O autorze
Urodziłem się w 1954 roku w Poznaniu. Jakiś czas później zostałem absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego i wykładowcą w Katedrze Kultury Polskiej UW. Lubiłem swoich studentów i z tego co wiem – z wzajemnością.

Zostałem wybrany Posłem na Sejm I kadencji, sprawowałem też funkcje Ministra Pracy i Polityki Socjalnej (1991) oraz sekretarza stanu (1992-3). W latach 2008- 2011 kierowałem zespołem doradców strategicznych premiera Donalda Tuska. Byłem pomysłodawcą i szefem zespołu do spraw programowania prac rządu, a od 2009 roku Komitetu Stałego Rady Ministrów. Opracowałem m.in. raport o kapitale intelektualnym, raport POLSKA 2030, który określił porządek strategiczny rządu do 2020 i wpłynął na wybór priorytetów do programów wykorzystujących środki UE do 2020, a także raport MŁODZI 2011.

Byłem twórcą koncepcji i pierwszym zwierzchnikiem Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Starałem się, by misją tej instytucji było traktowanie cyfryzacji kompleksowo. Moje działania skoncentrowane były zarówno na wspieraniu informatyzacji i e-usług, jak i stopniowym zwiększaniu kompetencji cyfrowych obywateli. Od początku bardzo ważne było dla mnie również wykorzystywanie narzędzi cyfrowych w relacjach międzyludzkich oraz cyfrowe uproszczenie procedur administracyjnych. Jestem twórcą koncepcji programu operacyjnego Polska Cyfrowa.

Czytam, również dla przyjemności. Bardzo lubię prozę Hrabala, Maraia oraz Konwickiego (zwłaszcza te fragmenty, w których mowa o kotach). Pochłaniam też kryminały, ostatnio pewien osadzony w realiach powojennej Warszawy. Słucham wielu różnych rodzajów muzyki, bywam często w filharmonii, a w pracy pomaga mi muzyka Vangelisa. Od wczesnego dzieciństwa darzę szczególną sympatią Marilyn Monroe. Mój rudy kot miał na imię Bazyli, ale nie jestem stroną w odwiecznym sporze prowadzonym przez wielbicieli kotów i psów – moje doświadczenia wskazują na to, że można łączyć te dwie sympatie.

LEKCJA STARSZEGO BRATA

Czerwiec 1967 roku. Wojna siedmiodniowa na Bliskim Wschodzie. Mam 13 lat. Tak, jak to bywało w tamtych czasach rodzi się panika. Pokolenie rodziców doświadczone wojną niejako z naturalnego nawyku robi zapasy. Wykupuje się mąkę, cukier, sól - produkty, które mogą leżeć.

Niedługo potem, widać to po artykułach w prasie, radiowych programach i wydawnictwach różnego typu - zaczyna się antysyjonistyczna nagonka.

Późną jesienią tego roku w socjalistycznym państwie trwają huczne obchody 50 rocznicy Rewolucji Październikowej. Po latach jest jasne, jakim paradoksem stało się wystawienie niejako z tej okazji w Teatrze Narodowym w reżyserii Kazimierza Dejmka „Dziadów”Adama Mickiewicza z Gustawem Holoubkiem w roli Gustawa-Konrada. I ze szczerością dobrego przesłania mickiewiczowskiego ze słynnego: „Do przyjaciół Moskali”.

Styczeń 1968 roku. Jestem w siódmej klasie szkoły podstawowej. Mama zabiera mnie pod koniec stycznia (choć nie jest to jeszcze owo słynne ostatnie przedstawienie) na „Dziady”, o których wszyscy mówią w Warszawie.

Pamiętam ogrom emocji, wolę skupienia, żeby wszystko zrozumieć, moc oddziaływania tego przedstawienia, a Holoubka przede wszystkim. Lata mijają, a głos Wielkiego Aktora mówiącego Wielką Improwizację ciągle wibruje w mojej głowie, jeśli wracam myślami i odczuciami do tego spektaklu.

Po ostatnim przedstawieniu, o czym ukryta wiedza miasta informuje, zaczynają się protesty. Pomnik Mickiewicza w Warszawie nabiera nowej symboliki. Cenzura, zdjęte przedstawienie, dyskusje, aż do końca lutego i posiedzenia warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich, ze słynną rezolucją w obronie wolności słowa pisaną chyba przez Andrzeja Kijowskiego. Po latach wiem o wiele więcej. Wtedy informacje płynęły ze stojącego na stole w kuchni radia Pionier, które jakoś odbierało z szumami i świstami audycje Wolnej Europy i Głosu Ameryki. Tylko ucho trzeba było trzymać przy odbiorniku.


8 marca. Wiec na Uniwersytecie. Obrona kolegów wyrzucanych ze studiów. I zaczyna się. Do Uniwersytetu dołącza Politechnika Warszawska. Mój starszy o 7 lat brat studiuje tam elektronikę. To on jest w centrum napięć i uwagi w domu. To w niego jestem wpatrzony. To jego telefon z budki informuje, że jest strajk i nocuje na Politechnice. To o niego martwią się rodzice. Już po zajściach i pałowaniu, kiedy pojawia się w domu pytam go z emocją o jego emocje. Jest w jego oczach jakaś energia, jakaś determinacja, ale po kilku dniach też i smutek.

Jest podziemna rzeka warszawskiego życia, która pozwala żyć marzeniami o wolności i sprawiedliwości. I jest prawdziwa informacja płynąca przez wolne stacje radiowe coraz bardziej zagłuszane.

Ale jest też rzeka oficjalna, pełna pomyj. W gazetach, w „Życiu Warszawy”, które kupowaliśmy w domu, a na sobotę Mama kupowała jeszcze „Słowo Powszechne”, gdzie były jakieś fragmenciki religijne, a z parafii braliśmy jeszcze „Niedzielę” ( tak to się nazywało ?) - w tych oficjalnych gazetach zdjęcia robotników na wiecach. Z transparentami: „Syjoniści do Izraela”, „Literaci do pióra”, „Studenci do nauki”. Klasa robotnicza w wersji propagandowej mówiła - nie!!!

W telewizji, to widziałem u sąsiadów na piętrze, którzy mieli już telewizor i do których chodziło się na poniedziałkowy teatr telewizji, „Kobrę” we czwartki, czy filmy - „Bonanzę” w niedzielę, czy „Czterech pancernych..” - po dzienniku niejaki Kazimierz Kąkol, redaktor „Prawa i Życia” ma program „Pytania i odpowiedzi”. Nawijka propagandowa PRL. Zaczyna się o wichrzycielach, o bananowej młodzieży, o rewizjonistach, o niewdzięcznych dzieciach niewdzięcznych rodziców żydowskiego pochodzenia. Zohydzanie świata. Tamtejsza wersja świata post-prawdy.

19 marca. Długie przemówienie Gomułki w Sali Kongresowej, jakoś tak po południu. Słucham w radio. Trwa i trwa. Byłem ciekaw co i jak powie, ale wstydziłem się pójść do sąsiadów i powiedzieć, że chcę Gomułkę oglądać w telewizji. Może szkoda, bo teraz już wiem, jaką swoistą wartością dodaną była wizja, oczy, krzyki, pełna złości i wściekłości mimika Gomułki. I ta antyinteligencka, antysemicka narracja - jak byśmy dzisiaj to nazwali.

Nie mogę w tych dniach marcowych usiedzieć.

Brat jest dla mnie bohaterem, choć czuje się w nim przegraną. Po kryjomu, bez opowiadania się - jadę nieraz z pętli przy ulicy Zwycięzców na Saskiej Kępie autobusem 111, który jedzie pod Uniwersytet, i na ówczesny Plac Zwycięstwa. Patrzę na miejsca Historii. Wracam do domu. I ręcznie wydaję ( piszę małymi literkami w kolumnach gazetowych na kartce A-5) gazetkę - „ Głos Domu”, gdzie komentuję, co się dzieje. Piszę o studentach, o pisarzach, o Gomułce, o bracie.

To jest też czas, kiedy docierają do Polski może i szczątkowe, ale jednak - informacje o tym, co dzieje się w Czechosłowacji, o Praskiej Wiośnie i Dubczeku, który wydaje się tak odmienny i ludzki w porównaniu z towarzyszem „Wiesławem”.

Czas roku 1968 płynie. W maju wszyscy żyją informacjami z Paryża, majową rewoltą studentów paryskich.

Ale coś zmienia się i tu, w krajowym otoczeniu. Nie mówi się o tym za dużo. Widać jednak że zaczyna ubywać ludzi. W szkole miałem fajnego kolegę, nie rozmawialiśmy o polityce, nigdy o jego rodzinnych korzeniach. Ale gdzieś, cichaczem daje sygnał jakoś tak przed końcem roku szkolnego, kiedy gada się o wakacjach i następnej klasie, że wyjeżdża. Wyjeżdża z Polski na stałe. Nie do końca rozumiem, o co chodzi, ale ściskam mu mocno dłoń. Już później, w Liceum będę miał kolegę, którego rodzina i on sam - zostali w Polsce, mimo nagonki i presji. Z nim rozmawiam o Marcu, o antysemityzmie, ale też o grudniu 70 roku, kiedy się to dzieje, a my jesteśmy w drugiej klasie licealnej: pełni zasadniczych pytań o Polskę.

Po latach widać, jak doświadczenie marcowe stało się kluczowe dla całego pokolenia marcowego. I to w wielu wymiarach. Bakcyl wolności, akceptacja ryzyka, gdy protestuje się w publicznych sprawach, uczenie się swobody wypowiedzi, rosnący brak złudzeń co do funkcji milicji w czysto policyjnym państwie - to osadziło się jako twórcze dziedzictwo. Nie od razu, nie u wszystkich, ale zaowocowało później jasną postawą w roku 1980, kiedy powstawała „Solidarność”. Myślę, że nawet technokratyzm i obietnice konsumpcyjne Gierka nie zniszczyły tego bakcyla, może czasowo go trochę uśpiły.

I trzeba też pamiętać, że w tej historii powojennej różnych polskich generacji - pokolenie 68 pierwsze zaczęło się ewolucyjnie wyrywać z PRL-u. Generacja i doświadczenie 56 roku jeszcze oswajały socjalizm. Pokolenie 68 zbudowało pomost pomiędzy buntem wobec peerelowskiego wzorca a wyzwoleniem mentalnym, jakie przyniosła „Solidarność”.

Ale oprócz bakcyla wolności, zrodziło się wtedy w 1968 roku jeszcze jedno. Szczep samoorganizacji. Że warto się spotykać, mieć kluby, dyskutować, ale jak trzeba - działać. Bez Marca 68 nie byłoby późniejszego KOR-u, ani podziemnych wydawnictw, ani Wolnych Związków Zawodowych. To widać - przykładowo po Bogdanie Borusewiczu, Adamie Michniku, Janku Lityńskim, Basi Toruńczyk, Ludce i Heniu Wujcach i ich biografiach. To widać po starszych braciach marcowego pokolenia: Jacku Kuroniu i Karolu Modzelewskim.

Myśmy, młodsi o kilka lat bracia - patrzyli na nich i uczyli się od nich. Staraliśmy się im sprostać. Gdzieś później te różnice wieku straciły na znaczeniu. Ale poczucie identyfikacji - zostało. To w świetle Marca 68 kształtowała się świadomość pokolenia „Solidarności”. Niezłomność buntu. Prymat odwagi wybiegającej w przyszłość nad lękiem zapatrzonym w codzienną teraźniejszość.

W „Iluminacji” Zanussiego są marcowe odniesienia widziane z perspektywy taterników, i szukania swojego „ja” w górskich wyzwaniach i swoistym etosie schroniska nad Morskim Okiem. Dzisiaj widać, jak symbolicznie aluzyjne było to odniesienie do grupy „taterników”, jednego z nurtu marcowej wielobarwności protestu.

Była jeszcze jedna rzecz w tym doświadczeniu. Bolesność utraty. Wypędzenie bliskich i przyjaciół w sensie prywatnym. Ale też wypędzenie z Polski, w klimacie jadu antysemickiego wielu fantastycznych ludzi, twórczych Polaków żydowskiego pochodzenia. To strata, której nic nie powetuje, choć można przy dzisiejszych możliwościach metodologicznych przeliczyć ją na konkretną stratę ekonomiczną Polski. Ale większa była strata moralna i kulturowa. Wyrwa w społeczeństwie - nie dające się już nigdy zagospodarować puste miejsce.

A obok tego pustego miejsca i żalu - jest przestrzeń nienawiści i narodowo-patriotycznej pychy, dla mnie - przestrzeń wstydu. Za to jak potraktowaliśmy koleżanki i kolegów, współobywateli, braci. Tak samo, jak niektórych sąsiadów w czasie wojny.... Bo to nie był tylko komunistyczny wybryk totalitarny. Manipulacje moczarowskiej propagandy spotkały się ze stereotypami polskich uprzedzeń, z najgorszą wersją etnocentryzmu. Tak samo, jak teraz - w ostatnich tygodniach, kiedy polski antysemicki jad rozlał się w polskiej i światowej przestrzeni publicznej.

Było coś pięknego w marcu 1981 roku, kiedy w Audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego odbyła się konferencja poświęcona wydarzeniom marcowym. Pamiętam sesję, którą prowadził z godną emocją prof. Jerzy Jedlicki. Pamiętam, jak „Solidarność” uniwersytecka i jej szef, Maciek Geller starała się zrobić wszystko, by zadbać o dziedzictwo Marca, by przeprosić wyrzuconych z Uniwersytetu, by - w miarę możliwości próbować im zrekompensować to, co ich spotkało. To piękna karta komisji profesora Klemensa Szaniawskiego. Pamiętam wypowiedź profesora Michała Głowińskiego o marcowym języku manipulacji. Wtedy po raz pierwszy chyba uświadomiłem sobie, jak w walce o wolność - samego siebie i społeczeństwa - ważna jest obrona języka. I nie uleganie manipulacji.

Ale już kilka lat później, w dwudziestą rocznicę Marca, było jasne, że dziedzictwo buntu Marca 68 weszło do kanonu polskiej wolności.

Jest 8 marca 1988 roku.

Kilka minut przed 11 ( choć nie pamiętam teraz, czy to nie było jednak bliżej południa) - zaczyna się akcja protestacyjna NZS i Tajnej Komisji Zakładowej „Solidarności” na Uniwersytecie Warszawskim. Zbieramy się przed BUW-em, na wjazdowej drodze z Krakowskiego Przedmieścia, już na terenie Uniwersytetu Warszawskiego. Jestem ja z TKZ, Maciej Jankowski, Maciek Geller, Michał Nawrocki, prof. Janusz Grzelak, Basia Malak, prof. Byrski, prof. Dąbek-Wirgowa - i wiele, wiele setek różnych osób. Są studenci - Paweł Piskorski, Mariusz Kamiński, Tomek Zimiński (?), i setki innych. I przede wszystkim jest prof.Grzegorz Białkowski, mądry rektor Uniwersytetu. Krótkie wystąpienia, w XX -lecie wydarzeń marcowych odsłaniamy tablicę pamiątkową.

I wtedy rodzi się myśl, która wcześniej krążyła - żeby pokojowo przejść z dziedzińca Uniwersytetu pod pomnik Adama Mickiewicza (choć może Rektor wystąpił o legalizację tego marszu....) Idziemy, zwartym szykiem, rozglądając się dookoła. Są milicjanci - pilnują, nie są agresywni. Tak rozwija się legalna, nielegalna manifestacja. Jedna z pierwszych takich w tamtym czasie. Jeszcze daleko do przegranych strajków Sierpnia’88, które jednak przyniosły przygotowania do Okrągłego Stołu. Mnóstwo dziennikarzy, wtedy poznaję Monikę Olejnik z „Trójki” po latach nie widzenia się ( chodziliśmy do jednej szkoły podstawowej). Widzę mnóstwo osób z Uniwersytetu, ale i z różnych kręgów warszawskiej opozycji solidarnościowej. Pod pomnikiem Mickiewicza, jak w 1968 roku - śpiewamy Hymn i składamy kwiaty, które nagle jakoś się znalazły. Oddychamy.

Oddychamy, bo się udało i to w pokojowy sposób. Oddychamy, bo to hołd i wyraz wdzięczności wobec pokolenia Marca 68, którego roli nie sposób przecenić w łańcuchu polskiej wolności. Oddychamy, bo dla mnie i moich rówieśników, to znak naszej bliskości ze starszymi braćmi. Oddychamy, bo czujemy, że ta rocznica wpisuje na stałe Marzec 68 do kanonu polskich wartości. Gdzieś w zakamarkach pamięci czujemy co prawda ból polskiego paradoksu: że to, co w Polsce często jest wyrazem wartości, jest także w jakichś elementach wyrazem wstydu. Oddychamy na zapas, bo wydaje nam się, że taki Marzec 68 w żadnej postaci nie może się już nigdy powtórzyć......

Dziękuję Wam starsi bracia....A wielu z Was - przepraszam, za to, co jednak jest raną w polskiej historii.

Michał Boni
4 marca 2018
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...