JANUSZ GŁOWACKI - ŚWIAT NICOWANY IRONIĄ

Autor fotografii: Andrzej Rybczyński
Autor fotografii: Andrzej Rybczyński Za: http://zw.lt/kultura/zmarl-janusz-glowacki-dramaturg-prozaik-felietonista/
Janusza Głowackiego pamięta się - i to jest najczęstsze - jako świadka i uczestnika zdarzeń towarzyskich i kulturalnych o różnorodnym charakterze. Jako człowieka wyznaczającego trendy i mody. Jako pisarza, dziennikarza stylizującego się na playboya. Jako artystę mającego dar ironii i autoironii w skali takiej, jak nikt dokoła. Ale miał w sobie coś znacznie więcej. Kiedy ze swojej wysokości, utrzymywanej wyprostowanej postawy mimo upływu lat patrzył na nas - Jego oczy zawsze coś mówiły.

Czy to był rozśmieszający komentarz do Moczara spotykanego w kawiarni w Bristolu na piętrze. Czy to było podjęcie gry z PRLem poprzez kwieciste teksty o polskiej rzeczywistości, o czym nie rozmawiał wprost z Januszem Wilhelmim w warszawskiej „Kulturze”. Czy to była zaczepność, wstydliwość, ale i nadzieja przy wejściu do Stoczni Gdańskiej w Sierpniu’80. Czy to była niepewność i pewność zmieszane ze sobą, by buńczucznie buszować po Nowym Jorku - od Małej Odessy w Brighton Beach po Russian Tea Room, czy różne zakamarki East and West Side Central Parku. Czy to był wyraz odważnego sporu z Andrzejem Wajdą o to, jak przedstawić w scenariuszu i w filmie Lecha Wałesę. Czy to był lęk połączony z jasnym rozumieniem zagrożenia dla świata, gdy spychany w stronę Bristolu stawał naprzeciw byczków narodowców ze smoleńskiej miesięcznicy. Czy to było zwątpienie przeniknięte nadzieją, gdy stawał pod namiotami obywatelskiego oporu pod sejmem w lipcu tego roku. Czy to była obecna zresztą przez całe życie w oczach Głowackiego ironia i autoironia, nicujące świat, żeby go lepiej zrozumieć…

Spojrzenia Głowackiego to komentarze do świata. Był pisarzem, którego komentowanie zaczynało się od dokładnego „looknięcia” we fragmenty otaczającego świata. Umiał patrzeć na świat i umiał go słyszeć. Dlatego tak plastycznie przedstawiał wszystkie postacie i charaktery, dlatego tak bogato w sensie wyrazistości językowej opisywał rzeczywistość i użyczał bogactwa ekspresji językowej swoim bohaterom. To wyczucie na język, rozmowę i energię sytuacji dało mu dar stania się wybitnym dramatopisarzem. Dlatego tak cudownie mieszał wykreowaną fikcję, ze strzępami prawdziwych zdarzeń i anegdot, jak w dokumencie. Dlatego łączył opowiadanie, pamiętnik, esej, felieton, dramat.

Jest coś fascynującego w dziele tego cudownego kosmopolity, by użyć tego określenia. Umie się odnaleźć w amerykańskim środowisku, daje sobie radę w Rosji na próbach swoich przedstawień, nawet nie znając francuskiego wchodzi w grę (różnie przez siebie po latach ocenianą) z francuskimi producentami filmowymi podczas kolacji w „Maximie” w styczniu 1982 roku. Ale jest w tym wszystkim nieustannie coś radośnie i boleśnie zarazem - polskiego. Jest z rodzinnej tradycji wyniesione dziedzictwo II Rzeczpospolitej i Powstania Warszawskiego - na poważnie. Jest Polska powiatowa lat 60. i 70. Jest Polska wielkiego awansu, jak w „Kuszeniu Czesława Pałka”. Jest Polska playboyowska końca lat 60., jak w „Kongo na Kubusia Puchatka”. Jest Polska nadziei i wyprostowanych ramion czasów „Solidarności”. Jest poczucie polskości w tropieniu doświadczeń emigrantów szukających życia i szczęścia na nowojorskim bruku. Jest też jakaś bliskość rozumienia Rosjan, rozumienia nas - „zapóźnionych rozwojowo” z tej części Europy przygniatanych narodowymi, kulturowymi kompleksami. Nie znam pisarza, który by tak mocno, ciepło i boleśnie opisywał współczesny los rosyjski, jak robił to Głowacki i w swoich sztukach, opowiadaniach, czy przywoływaniu losu Maszy w „Good night, Dżerzi”.

Jest również w tym, co pisał, robił, mówił Janusz Głowacki - wielkie przeświadczenie o wadze tego wszystkiego, co przyniósł Polsce rok 1989 ze różnymi sukcesami i bolączkami. Widział Głowacki szansę dla ukształtowania się nowej polskości w tych czasach. Otwartej, rozumniej, demokratycznej, nie bojącej się ironii, uciekającej od fałszu. Dlatego chyba miał taki problem z zatrzymaniem procesu cywilizacyjnej zmiany przez powrót na drogę tradycyjnego, polskiego modelu: siermiężności intelektualnej, duchowej, religijnej. Polacy mogą wejść do Kościoła, albo wyjść na otwarty plac przed Kościołem. Najgorzej, jak zostają w kruchcie, wstają z kolan, ale nie podnoszą głowy, by spojrzeć wyzwaniom świata w oczy.

Pamiętam cieniutką książeczkę. Zbiór opowiadań Janusza Głowackiego „Wirówka nonsensu”. I pamiętam, jak mając lat kilkanaście chłonąłem te opowiadania starając się odkryć grę z socjalistyczną rzeczywistością i normą poprzez świat inteligentnie nicowany ironią. Może to za dużo powiedziane, ale Głowacki w warunkach PRL robił coś, co w najlepszych dziełach mógł robić Gombrowicz. I pamiętam, jak na dużych płachtach warszawskiego tygodnika „Kultura” czytałem „Nowy taniec La ba da” - zaśmiewając się z tego mikro-Wesela dziejącego się na zabawie w knajpie, ale i ucząc się rozumieć rzeczywistość świata naprawdę. Naprawdę, to u Głowackiego oznaczało: świat rozbrajany z fałszów, gry pozorów, jakie są udziałem ludzi, ich relacji, systemów politycznych, które ich kształtują, ale i miejsc naznaczonych ich znakami oraz swoimi własnymi piętnami.

Można byłoby zrobić wspaniały atlas miejsc Janusza Głowackiego. To knajpy i ulice warszawskie lat 60. i później, ze sławnym Bristolem, „Hybrydami”, SPATIF-em, „Ściekiem”, kinem „Atlantic”, czy uliczką Kubusia Puchatka, tuż koło Wareckiej, nie mówiąc o mieszkaniu Zdzicha Maklakiewicza. To Nowy Jork i jego knajpki, restauracje, gdzie spotykają się modelki po występach, to wspominana 96 ulica i często 59 otwierająca przestrzenie Central Parku, to historie stare i nowe 42 ulicy, to apartamenty artystów i menadżerów sztuki. To Brighton Beach i „Rusłan i Ludmiła” tam. To uliczki Mokotowa, gdzie był jego dom rodzinny. To wiele, wiele innych miejsc. Można byłoby chodzić tropem Janusza Głowackiego lub jego bohaterów i przypominać sobie anegdoty o tych miejscach. Ta kronikarska pasja, jak u Boleslawa Prusa właściwie, pojawiała się u Głowackiego niejako mimochodem, ale po latach widać, jak stało się to istotne dla prawdziwości jego opowieści. Choć przecież istotą jego pisania było prowadzenie czytelnika przez meandry zakłamań - jak w pierwszych opowiadaniach. Czy jak w książce poświęconej odbrązawianiu Jerzego Kosińskiego, która stała się całym poematem o Holocauście z jednej strony, o kłamstwach Holocaustowych z drugiej, ale też o sekretach życia nowojorskiego.

Czytanie warszawskiej „Kultury” zaczynałem od felietonów. Były tam genialne perełki literackie Hamiltona (Jana Zbigniewa Słojewskiego), Zbigniewa Mitznera, KTT - Krzysztofa Teodora Toeplitza, i od któregoś momentu teksty Głowackiego. Na innych stronach pisał i drukował Ryszard Kapuściński, były artykuły oraz niebywałe wywiady o nauce przeprowadzane przez Wiktora Osiatyńskiego. Oprócz tego był Bratny, Czeszko, Wilhelmi - pisarze politycznego porządku tamtych czasów, wymykający się pełnemu podporządkowaniu Witold Zalewski. Ale przedzierała się siła tego, co było odmienne, poza głównym, obowiązującym nurtem. Widać po latach, że ta formacja warszawskiej „Kultury” domaga się monografii, analizy oddziaływania.

Tym bardziej, że pomału, ale jednak - odchodzą uczestnicy tamtych zdarzeń i twórcy formacji. A było to przecież wielkie pokolenie warszawskiej "Kultury", które krok po kroku, w zmaganiach z cenzurą dawało niesłychane uzupełnienie tego, co dla polskiej świadomości robiła paryska "Kultura".

Panie Januszu, do zobaczenia w niebiańskim Bristolu, ale też na spotkaniu z agentami literackimi w „Russia Tea Room”…


Michał Boni
22 sierpnia 2017
Trwa ładowanie komentarzy...