O autorze
Urodziłem się w 1954 roku w Poznaniu. Jakiś czas później zostałem absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego i wykładowcą w Katedrze Kultury Polskiej UW. Lubiłem swoich studentów i z tego co wiem – z wzajemnością.

Zostałem wybrany Posłem na Sejm I kadencji, sprawowałem też funkcje Ministra Pracy i Polityki Socjalnej (1991) oraz sekretarza stanu (1992-3). W latach 2008- 2011 kierowałem zespołem doradców strategicznych premiera Donalda Tuska. Byłem pomysłodawcą i szefem zespołu do spraw programowania prac rządu, a od 2009 roku Komitetu Stałego Rady Ministrów. Opracowałem m.in. raport o kapitale intelektualnym, raport POLSKA 2030, który określił porządek strategiczny rządu do 2020 i wpłynął na wybór priorytetów do programów wykorzystujących środki UE do 2020, a także raport MŁODZI 2011.

Byłem twórcą koncepcji i pierwszym zwierzchnikiem Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Starałem się, by misją tej instytucji było traktowanie cyfryzacji kompleksowo. Moje działania skoncentrowane były zarówno na wspieraniu informatyzacji i e-usług, jak i stopniowym zwiększaniu kompetencji cyfrowych obywateli. Od początku bardzo ważne było dla mnie również wykorzystywanie narzędzi cyfrowych w relacjach międzyludzkich oraz cyfrowe uproszczenie procedur administracyjnych. Jestem twórcą koncepcji programu operacyjnego Polska Cyfrowa.

Czytam, również dla przyjemności. Bardzo lubię prozę Hrabala, Maraia oraz Konwickiego (zwłaszcza te fragmenty, w których mowa o kotach). Pochłaniam też kryminały, ostatnio pewien osadzony w realiach powojennej Warszawy. Słucham wielu różnych rodzajów muzyki, bywam często w filharmonii, a w pracy pomaga mi muzyka Vangelisa. Od wczesnego dzieciństwa darzę szczególną sympatią Marilyn Monroe. Mój rudy kot miał na imię Bazyli, ale nie jestem stroną w odwiecznym sporze prowadzonym przez wielbicieli kotów i psów – moje doświadczenia wskazują na to, że można łączyć te dwie sympatie.

DZIENNIK NORWESKI

8 sierpnia

Poranek w Oslo. Jest słonecznie i spacerowanie po tym niedużym mieście (600 tys. mieszkańców) jest podwójnie przyjemne: że w słońcu, i że miasto jest przyjazne, nie przytłacza. Prosto od dworca kolejowego można przejść główną ulicą Karl Johan Gate, gdzie na jej drugim końcu, na wzgórku jest pałac królewski zbudowany na początku XIX wieku. Dzieje Norwegii są skomplikowane, bo od czasu Wikingów i różnych faz świetności Królestwa - jej zależność, czy to od Danii, czy to od Szwecji bywała bardzo duża. Najświetniejsze miasto w Norwegii, Bergen rozwijało się głównie dzięki Hanzeatyckim związkom.

Ale w XX wieku Norwegia wybija się w końcu na niepodległość. Dziś jest silnym państwem europejskim, choć nie jest członkiem UE. Będąc w Europejskim Obszarze Gospodarczym ma w wielu dziedzinach zbliżone do unijnych rozwiązania, jest także w Schengen, co oznacza, że swobodnie przekraczamy granice. Siła Norwegii bierze się nie tylko z ropy i gazu, choć te dobra ufundowały bezpieczeństwo rozwojowe Norwegii, a nawet pozwoliły na powołanie specjalnych funduszy pracujących na przyszłość kraju, np.na stabilizację systemu emerytalnego, także przy pogarszających się parametrach demograficznych. Siła Norwegii bierze się z rozwojowej wyobraźni i innowacyjności. To jeden z pierwszych krajów, który zrozumiał, czym jest ochrona środowiska. To kraj europejski o najwyższych wskaźnikach używania samochodów elektrycznych i szykuje się do tego wyzwania mając przecież świadomość, że radykalnie zmniejszy sie znaczenie ropy i bogactwa, które z niej płynie. Na różnych ulicach i przy miejscach do parkowania znalazłem „Ładowarki do samochodów”, i widziałem też mnóstwo egzemplarzy Tesli.

Co nie oznacza, że jak w każdym społeczeństwie nie zdarzają się zdarzenia okropne i wstydliwe, jak sprawa Brejvika.

Norwegia łączy tradycję i nowoczesność, co brzmi trywialnie - ale oni to robią naprawdę. Tak, jak zbudowane jest lotnisko w Oslo: ze szkła, metalu i drewna.

Tradycją są trolle, baśnie i potęga Wikingów. Tradycją, wykorzystywaną w najlepszy z możliwych sposobów jest przyroda: jej doświadczanie, wędrówki trekkingowe, objazdy fiordów, a zimą bieganie na nartach. Są małe wysepki, gdzie żyje 2,5 miliona ptaków. Kiedy leci się nad Norwegią, niedużym samolotem ze śmigłami - to widać stawy, fiordy i wzgórza pokryte wieloma odcieniami zieleni oraz góry. To trochę tak, jakby przez prawie trzy godziny lecieć nad różnorodnymi Stawami Gąsiennicowymi. A jak kończą się tereny z drzewami, to widać kompozycję górskiej trawy i śniegu.

Lasy, góry, morze - to norweskie, życiodajne żywioły.

Po lewej stronie portu w Oslo - forty królewskie, dawna siedziba Królów. W porcie promy, jachty, żaglowce wycieczkowe, na nabrzeżach kawiarenki, wieczorami tańczyć można salsę, zjeść wszystkie potrawy świata w knajpkach mieszczących się w nowoczesnych budynkach starych doków. W pewnej odległości olbrzymi cruiser, 8 piętrowy, na prawie 2000 osób. Jest brzydki, wydala z siebie codziennie masy turystów, co jednak się opłaca.

To miasto, jego architektura, organizacja przestrzeni ma coś z poszukiwania.

Wikingowie i ich potomkowie, marynarze, żołnierze morscy, rybacy wiążąc swoje życie z bezkresem morza i jego nieprzewidywalnością - szukali na brzegu stateczności, uspokojenia, poczucia pewności. Dlatego w portowych miastach jest porządek: plac przyportowy, ulice prowadzące do konkretnych celów - do tawerny, na targ, na ulice handlu, zakupów i kupnej miłości, do pałacu, do galerii, na uniwersytet, na stację kolei, do ratusza. Dzisiejsze Oslo zbudowano z XIX-wiecznego bogactwa i troski o wygodę obywateli, jest w nim dużo zieleni i parków. I widać niesłychaną troskę o różnorodność roślinności: aleje lipowe, mnóstwo bzów, wyrośnięte brzozy i klony, bogate zestawy kwiatów. Plan miasta jest do łatwego ogarnięcia, choć jedna rzecz w dzisiejszym Oslo uderza mocno. I nie jest to tylko piękny pałacyk Pokojowej Nagrody Nobla.

To nowoczesna opera w jednej z zatok. Kształt budynku jest jak wystająca z wody olbrzymia kra. Lśni swoją siłą i pięknem, ale uroku dodaje tafla placu dla pieszych do chodzenia, ułożona pod kątem do lodowej kry - jakby dodawała morskiej mocy temu architektonicznemu zjawisku. Wieczorem wygląda jeszcze bardziej zjawiskowo, lekko podświetlona, z widocznym wnętrzem, gdzie galerie balkonów operowych są z drewna, biele metalu tworzą ściany, a szkło czyni przejrzystą całą strukturę budynku. A na białych taflach placu wokół opery widać niewielkie postaci spacerujących ludzi.

Z Oslo na Lofoty. Modne, osławione niesamowitością przyrody, jeden z geograficznych cudów świata.

Pierwsze wrażenie, jak zbliżamy się do lądowania w Svolvaer: tafla morza jest spokojna, z lekkimi zmarszczeniami fal, góry dokoła chłodne, surowe, szpiczaste, zieleń soczysta, a słońce opromienia ten widok nadając mu charakter czegoś, co w naturze swojej jest nienaruszalne. Kiedy jedziemy za Kabelvag do Kalle, do dawnych domków rybackich „rorbuer”, o czerwonych, drewnianych ścianach widać, jak chmury i słońce igrają z górami. Pasma przed chwilą jeszcze widoczne zakrywa nagle pianka chmurzasta i trzyma się uparcie szczytów zmieniając koloryt całego otoczenia. Te góry mają coś z azjatyckiej magii gór wysp wietnamskich i tajlandzkich tak samo mocno wypiętrzonych, o rdzeniu gór ukrytym pod wodą, ale mają inną, surową przyrodę. Nie jest wysoko, a brzózki są karłowate, krzewy wyglądają jak kosodrzewina z wysokości Stawu Gąsiennicowego. Niepohamowanie natury Południa zetknięte z surowością Północy. Geologicznie i jedne, i drugie - to szczyty gór, których główna część jest w morzu.

Kiedy wieczorem wyglądam z domku na fiord, pobliskie rybackie domki, otaczające góry mam wrażenie takiej wyrazistości skandynawskiego krajobrazu, jakiej kiedyś doznałem oglądając film „Ofiarowanie” Andrieja Tarkowskiego.

Już noc, a ciagle jest jasno.


9 sierpnia

Wyruszamy z Svolvaer do słynnego tutaj fiordu Trolli. Te leśno górskie ludki, w naszej tradycji nawet nie krasnoludki, ale gnomy - często robią coś złego. Ale fiord liczący 9 km jest piękny i jeżeli skrywa trolle, to dzisiaj już nie wiemy, jakimi szlakami się poruszają. Kiedyś, kiedyś pomagały rybakom w ich walce z łowcami wielorybów.

Fiord jest jak wodny wąwóz otoczony górami. Po jednej stronie wyższymi i skalistymi, niedostępnymi, surowymi, z płatami śniegu - przy dzisiejszej pogodzie we mgle. Po drugiej stronie góry są niższe, z zielenią drzew i krzewów. Mnóstwo ptaków. Zdarza się orzeł wyfruwający nagle, widoczny na tle nieba i płynący przez nie dostojnie, szybko znikający lub przysiadujący na chwilę na szczytach. Przy końcu fiordu iskrzący się wodospad. Spieniona woda spada do fiordu, ale nie narusza to czystości i zielonego koloru wody - widać przez nią dno przy brzegach.

Jest zimny wiatr, ubrani jesteśmy nie dość, że we własne ciepłe ubrania, kurtki, to dostajemy na podróż ocieplane kombinezony z kapturem. Można siedzieć w łódce i kontemplować wodny wąwóz nie marznąc. Przy mgielno-chmurnej pogodzie zielenie drzew, szarości skał, biel śniegu, kłębiące się chmury w różnych odcieniach dają w efekcie żywy, ruchomy właściwie obraz, przez który przebija się wzrok chłonąc surową dzikość tego widoku.

A kiedy pogoda się zmienia, wychodzi słońce płyniemy już gdzie indziej i dalej, na wysepkę Skrova. Tam mała rybacka wioseczka, trójkątne konstrukcje z drewna do suszenia dorsza, paręnaście domów. I mała wspinaczka na nieduży szczyt liczący 258 m. Niewysoko, ale po drodze trudne podejścia, liny, których trzeba się uchwycić, by bezpiecznie zrobić następny krok. Kiedy jest się na górze - widok zapiera dech w piersiach. Widać całą wysepkę, a przy niej po drugiej stronie od portu piaszczysty kawałek plaży, zielono-niebieską czyściutką wodę - jakby Norwegia w mini hawajskim stylu. Widać góry na stałym lądzie, widać górzyste wysepki dokoła, widać oblany wodą z każdej strony świat - z żywiołami Norwegii: lasami, górami, wodą.

Zmęczeni wracamy do Svolvaer. Idziemy do „Bacalao” na tutejsze małże i „sztokfisza”, czyli suszonego dorsza, smakującego po ugotowaniu jak świeża ryba, z lekkim posmakiem wędzenia. Podany jest z upieczonymi i pokrojonymi na pół małymi ziemniakami, gotowaną marchewką i pietruszką, w lekkim sosie beszamelowym z pieczonymi kawałeczkami boczku na wierzchu. Potrawa jest delikatna i wyrazista jak kulinarne upodobania wygi morskiego. A jeszcze później szybka kawa i maślane bułeczki z rodzynkami w piekarni „Kringla”.

Dorsz jest rybą smakowitą. Ale w tych okolicach dorsz jest rybą życia.

Płynąc z północy w dół, na południe - trafia między styczniem a marcem na łowiska Lofotów. Dociera tutaj dorsz sześcioletni i ten jest odławiany. Od stuleci odbywają się na Lofotach wielkie połowy dorsza, brali w nich udział rybacy z różnych rejonów Norwegii, bywały lata, że było ich ok.30 tysięcy. Suszoną rybę wysokiej jakości przechowywano i tworzono zapasy żywności. Ale też sprzedawano ją na targowiskach i w węźle handlowym, jakim było Bergen prawie do całej Europy w Średniowieczu i Renesansie. Dla północnej Norwegii było to więc również główne źródło dochodów.

Gdzieś w innych rejonach Europy - jest dorsz (chociaż to inna odmiana dorsza) tak samo rybą życia, chociażby w Portugalii. Suszą go tam w podobny sposób, co i w Norwegii. Tylko w Norwegii powietrze i wiatry odgrywają istotniejsza rolę, a w Portugalii słońce. Suszenie konserwuje w zdrowy sposób rybę, by można było ją spożywać przez długi czas. Dawniej był to wymóg zapobiegliwej codzienności. Złowione dobro trzeba było przechować na czas, kiedy efektu łowienia nie będzie, a jedzenie jak zawsze będzie codzienną potrzebą.

Można byłoby napisać przepiękną antropologię społeczną dorsza pokazując, jak nie tylko dawał pożywienie, ale jak organizował życie społeczne i ludzkie, jakie zwyczaje wytwarzał.

Wyglądam późnym wieczorem z rybackiej chatki. W fiordzie widać dokładne odbicie gór, ponad górami jasne niebo. Bo jest pogoda, i jest już noc, która według tutejszych miar jest pogodna: jasna, nie dająca spać, przynosząca jakąś tajemną energię.

10 sierpnia

Widok poranny, jak z bajki. Jasne, niebieskie niebo, zielenie skrzące się w promieniach Słońca na zboczach gór, spokojna tafla fiordu, wyciszone mewy. Zachęta do życia.

Objeżdżamy cztery główne wyspy tworzące Lofoty: Austvagøy, Vestvagøya, Flakstadøy, Moskenesøy. Droga prowadzi wzdłuż stóp gór, przez tunele, kilka razy przez bardzo zmyślne mosty.

Przejeżdżamy przez różne pogody: od słonecznego startu z Kalle, po deszczysko na końcu drogi w miejscowości Å - nazwanej tak od ostatniej litery alfabetu norweskiego, przez mgły i chmury w okolicach Sakrisøy oraz zimny wiatr, ale i powracające słońce walczące z czarnymi chmurami w Henningsvær. Przejeżdżamy przez góry wyniosłe i surowe, przyjacielsko zadrzewione jak w Tatrach, ciemne i wypukłe skały wystające z fiordów. Woda jest spokojna, albo marszczona falami, a brzegi postrzępione skaliście albo piaszczyste, jakby plażowe, z zupełnie przezroczysto-zieloną wodą. Mimo zmiennej pogody na wszystkich drogach mnóstwo rowerzystów.

Świat Lofotów to świat dorsza. Wszędzie widać rozstawione drewniane trójkąty, gotowe do suszenia złowionych ryb. W wiosce Nusfjord jest dom rybacki, w jednym ze starych domów wyświetla się filmy o łowieniu dorsza, jest stara przetwórnia wątroby dorsza, wystawione są dziesiątki rodzajów sieci i innych urządzeń ważnych dla rybaków. Widać wszędzie wysuszone trofea rybackie. Olbrzymie łby ryb są przymocowane do płotów, trochę straszą, trochę cuchną, ale pokazują wielkość łowionych ryb. Całe Nusfjord jest jak skansen, nawet kupuje się bilety, żeby wejść. Ale w zatoce pełno łódek jachtowych, gotowy do wypłynięcia kuter rybacki, w pełni i nowocześnie oprzyrządowany. A w wodzie - pięć meduz mieniących się kolorami.

Dopełnieniem znaczenia dorsza dla tego świata jest muzeum Sztokfisza w Å. Tuż obok niego jest kawiarenka z pyszną kawą i cynamonowymi bułeczkami. Ale najpyszniejsze danie po drodze jest w Sakrisøy w budce u Anity, gdzie można zjeść placuszki rybne. Są i steki z wieloryba, jest burger z sałatą, małymi krewetkami, łososiem i takim właśnie placuszkiem. Knajpiana budka otoczona jest z trzech stron górami, z dwóch stron wodą - maleńkie centrum maleńkiego Sakrisøy.

Jest coś dodatkowo znaczącego w zmieniających się w ostatnich latach Lofotach: to rozwój turystyki i usług z nią związanych. Domy pięknieją, ulice są wypieszczone, mieszkańcy żyją już nie tylko z dorsza. Wszędzie małe piekarenki ze wspaniałym, świeżym pieczywem. Mnóstwo pamiątek - i to oryginalnych, pomysłowych. W Henningsvær wspaniała galeria z rzeczami z wypalonego szkła, można zobaczyć piec, który temu służy. Delikatność kolorów i odwaga pomysłów w kształtowaniu kubków, talerzy, wazoników, lampek. Niedaleko Leknes jest muzeum Wikingów, w miejscu, gdzie całkiem przypadkowo odnaleziono w ziemi dom Wikingów, dom Wodza. Zrekonstruowano go i teraz setki osób ogląda zbiory, uczy się legend i kosmologii Wikingów, a raz do roku odbywa się tam Festiwal Wikingów, i zjeżdżają się miłośnicy Wikingów z całego świata.

W różnych miejscach na Lofotach są różni przewodnicy turystyczni. Norwegowie - miejscowi. Ale bilety na wycieczki do fiordów sprzedają nam na przemian Kanadyjka i Węgierka, a po górach prowadzi fantastyczny chłopak z Danii, kochający norweskie góry, ale myślący o nowoczesnym zarządzaniu administracją.

Lofoty ściągają do siebie różnorodnych miłośników.

11 sierpnia

Zastanawiam się, co jest kluczową cechą tej zmiennej, surowej pogody na Lofotach. I jest to chyba wiatr. Wiatr, który pozwalał żeglować i poszukiwać najlepszych łowisk dorszy. Wiatr, który przynosi ciemne chmury, mgły i deszcze oraz zmienia pogodę w kilkanaście minut. Wiatr, który nawet wtedy, kiedy jest słonecznie utrzymuje chłód, a w zimniejsze dni przenika do szpiku. Północny wiatr Lofotów.

Dzisiaj dzień podróży. Znad naszego małego fiordu w Kalle do Svolvær, stamtąd samolotem do Tromsø, a później do Bergen. Ale ta droga tylko z pozoru jest taka prosta.

Lotnisko w Svolvær jest tak malutkie, że chyba jeszcze nigdy tak małego portu lotniczego nie widziałem. Ale wszyscy są mili i uśmiechnięci, mimo dzisiejszego deszczu, który zacina z każdej strony. Na krajowych liniach latają samoloty DASH-8, różnych rozmiarów, ale ze śmigłami. Lecąc do Tromsø, jeszcze bardziej na północ niż Lofoty, samolot zatrzymuje się w Andenes, niedużym miasteczku, skąd zaczynają się wyprawy, by oglądać wieloryby. Po 20 minutowym locie i krótkiej przerwie, lecimy dalej do Tromsø. Widoki niesamowite. Surowy krajobraz, górskie turnie ośnieżone, a w niższych partiach gór wysuszona, żółtawa trawa i brak innych roślin, morze czyste, ale czuje się jego chłód. Ląd poprzetykany fiordami, licznymi odnogami fiordów.

Ale w Tromsø lotnisko całkiem, całkiem. Po godzinie kolejny samolot - przeszło 2000 km do Bergen, powrót w stronę kontynentu. I znowu - lecimy DASH-8, samolot walczy z wiatrem i spóźnia się ok. pół godziny, zatrzymuje się w Bergen na chwilę i leci dalej - do Stavanger. Takie łączone loty są tu częste, bo i ruch lotniczy przy takich odległościach, jak w Norwegii jest bardzo duży.

W Bergen leje.

Byłem pierwszy i jedyny raz w tym mieście w maju 1990 roku. Jako szef Regionu Mazowsze „Solidarności” wydelegowany do wzięcia udziału w jednej z pierwszych, dużych ogólnoeuropejskich konferencji o sprawach środowiskowych. Pamiętam, że było słońce. Pamiętam, że przy porcie były piękne stare domki. Pamiętam, że płynęliśmy wielkim żaglowcem oglądając fiordy i jedząc na statku świeżo złowione krewetki. Pamiętam, że przy porcie była knajpka, gdzie cały czas nadawali piosenki The Beatles, a co pewien czas ktoś je śpiewał na żywo. Pamiętam, że z poznanym Szwedem, który pracował w Komisji Europejskiej urządziliśmy sobie po konferencji pieszą wycieczkę po okolicznych górach. I pamiętam, że po raz pierwszy słyszałem wtedy ludzi z taką pasją mówiących o konieczności ochrony środowiska, by uniknąć katastrofy klimatycznej, czyli katastrofy jakości życia.

Deszcz podobno nie pada w Bergen tylko przez 100 dni w ciągu roku…

12 sierpnia

W Bergen nie można nie wrócić do historii i świata dorsza. Bo po połowach i suszeniu dorsza na Lofotach, przewożono go właśnie do Bergen - od maja do września. Tutaj go sortowano, zależnie od jakości - wyróżniano 23 odmiany suszonego dorsza - i określano przeznaczenie późniejszego eksportu. Suszonego dorsza można było przechowywać i spożywać do 15 lat, stąd tak ważny był to produkt. Odpowiednie suszenie dawało też gwarancje trwałości wszystkich składników ryby i jej smak po ugotowaniu. Handlowano też przetworami wątroby dorsza, co dawało olej, który służył jako paliwo w lampach olejnych, a dopiero od 1870 roku rektyfikowano go i wytwarzano tran, od wtedy uznawany za lekarstwo.

Jest w Bergen Muzeum Hanzeatyckie. Stary, drewniany prawdziwy dom, gdzie na zapleczu, w magazynach przyjmowano towar. Od frontu przyjmowano kupujących, handlarzy i przewoźników. Były miejsca do spania na pierwszym i drugim piętrze tej faktorii. Były kantorki dla tych, którzy księgowali zakup i sprzedaż. To czyniło Bergen ważnym miejscem w handlu europejskim, nie tylko zresztą dorszem w Lidze Hanzeatyckiej.

Ale zasadą Ligi, funkcjonującej od XII/XIII wieku, w Norwegii aż do XIX stulecia, było to, że jej przedstawicielstwa i przedstawiciele mogli być tylko Niemcami. Bo wszystko działało w oparciu o prawo niemieckie, z centrum Ligi Hanzeatyckiej w Lubece. Ta swoista unia handlowa ( ochrona przewozów, ubezpieczenia, gwarancje jakości towaru, regulacja ceł i opłat) pozwalała się rozwijać wymianie handlowej, gospodarce. Gdańsk przystąpił do Ligi w 1299 roku, był w niej Toruń. Ale były też przedstawicielstwa, jak w Bergen ( Bryggen), Londynie, Brugii, czy Nowgorodzie.

Przy porcie jest targ, głównie rybny. Można kupić wszystko. Olbrzymiego wilka morskiego, czy okropnie wyglądającą żabnicę, wielkie kraby, suszone dorsze, duże krewetki, surowego i wędzonego na różne sposoby łososia norweskiego, nawet raki i kawałki wieloryba na stek. I dają przepyszne kanapki - z łososiem i ogórkiem, z małymi lekko sparzonymi krewetkami, z rakami i majonezem, z mięsem renifera. Tłoczno i gwarno. O dziwo, większość sprzedawców to Włosi i Hiszpanie, zdarzają się Chorwaci. Serwują też paellę z morskim jedzeniem i talerz „Big Krab”.

Wokół zatoki portowej domki średniowiecznego rzemiosła służącego wszystkim zadaniom Ligi Hanzeatyckiej. Są z drewna, płonęły nieraz, i zawsze je odbudowywano. Teraz są tam kawiarenki, hoteliki, galerie, sklepy i turyści wędrujący w labiryntach między drewnianymi domkami. Przy nabrzeżu piękne jachty i jachciki.

Stąd odpływają też różne wycieczkowe stateczki. Jeden z nich wiezie nas na wyspę Litlesotra, gdzie jest przeszklona restauracja „Cornelius”. Po półgodzinnym rejsie można zacząć próbować menu meteorologicznego. Zależnie od pogody i miejsca połowów ( dalej, bliżej - płycej, głębiej) ustalana jest oferta wieczoru. Ładnie skomponowane przystawki, wyśmienity wilk morski z ziemniaczkami i kawałeczkiem buraka, suszoną w małych kawałkach pietruszką, a na deser sorbet truskawkowy o prawdziwym smaku norweskich truskawek. Obsługa trochę pretensjonalna, za dużo celebry wokół dań i całej kulinarnej podróży.

Rozmawiamy z Norwegami siedzącymi w pobliżu. Najbardziej otwarty z nich jest inżynierem, który zbudował jeden z piękniejszych mostów w okolicach Bergen, na początku lat 90-ych był to najdłuższy most w Europie. Mieszka tu, wybrał się dla rozrywki do tej restauracji, ale na wakacje lubi najbardziej jeździć z przyjaciółmi do Chorwacji. Jego kolega lubi żywioły i naturę norweską, ale chwilami ma jej za dużo.

Dopływamy z powrotem do Bergen późnym wieczorem. Miasto bawi się do rana. A z jednego miejsca ciągle słychać liverpoolskie piosenki…

13 sierpnia

Niepokój, czy będzie padało jak mówią wszystkie prognozy, czy zaświeci słońce. Płyniemy z Bergen zobaczyć Sognefjord. Kiedy wypływamy pada, ale kiedy płyniemy między wysepkami w drodze do fiordu, wychodzi piękne słońce.

Krajobraz zmienny.

Wzgórza pokryte lasami, leżące ociężale jak śpiące zwierzęta, zdarza się, że jakby z wieloma grubymi łapami osadzającymi się w wodzie. Albo jak zapamiętane na zawsze Tatrzańskie Czerwone Wierchy. Małe pagórki z pożółkłą trawą poprzecinane skałami. Wysokie góry z lasami i skałami, których szczyty często wirują we mgle. To są tutejsze dwutysięczniki. Z jednej strony statku zacina deszcz, z drugiej świeci słońce. Z jednej - widok jest surowy tą nieustępliwą, zahartowaną w zimnie i wietrze surowością Północy. Z drugiej natomiast - w kąpieli promieni słonecznych pławią się zielone drzewa. Płyniemy przeszło 200 km (to najdłuższy fiord w Norwegii, a drugi w świecie) po wodach, które w najgłębszym miejscu mają więcej niż 1300 m głębokości. Zmienny krajobraz i zmienna pogoda. Kiedy staje się na rufie, wiatr tak dmie, ze trzeba nieźle się nagimnastykować, by utrzymać pion albo żeby smartfon nie wypadł z ręki przy robieniu zdjęcia.

Są miejsca, gdzie fiord się rozgałęzia i mnoży na dwa, trzy mniejsze. Są miejsca przystankowe dla statków, wysiadają ludzie i wędrują w góry, na lodowiec, albo do hotelowych domków, by pokontemplować naturę. Żywioły Norwegii: lasy, góry, morze.

Fiordy są kwintesencją Norwegii. Morze rozlewa się z siłą i wciska w ląd. Ląd jest wypiętrzony do góry i pnie się do nieba, które zmienia się w mgnieniu oka: od błękitu przez mgły do szaro-brązowo-ciemnych chmur. A w wielu partiach obfite kształty gór mają swój fiordowy strój, są obłożone lasem i stają się przez to mniej groźne, bardziej miękkie. Natura daleka i bliska - taka, jaką jest.

Gdy dopływamy do Flåm, słonecznego, otoczonego górami, ucieka cisza i spokój natury. Jesteśmy w rojowisku turystycznym. Z różnych statków, z autokarów przybywa mnóstwo ludzi. Są budki z pamiątkami, są kioski ze słodyczami i jedzeniem. Można na tekturowym talerzyku zjeść Bacalao, rybny szaszłyk, małe, mielone kotleciki z mięsa renifera w sosie pomidorowym, tajski makaron z jarzynami, francuskie naleśniki z różnymi smakami. Właściwie w odwrotnej proporcji, między straganami stoją ładne domki restauracyjne, hala ze sklepem, ławeczki. Brakuje tylko ogórków małosolnych, by poczuć się jak na deptaku w Rabce, czy na zakopiańskich Krupówkach. Spojrzenie z dołu na otaczające góry daje to samo wrażenie - prawie, że można dostrzec Giewont. W gwarnym tłumie różnorodność języków, miłe Polki smażą naleśniki.

Pociąg z Flåm do Myrdal, sam w sobie jest atrakcją turystyczną. Jedzie z wysokości 2 metrów n.p.m do 886 metrów n.p.m. Jest staroświecki, z wagonami z lat 50-ych, Pokonuje w godzinę 20 kilometrową trasę doliną Flåm, mijając wspaniałe wodospady, stare kościółki z połowy XVII wieku. Jedzie wąwozem, a na szczytach śnieg. Przedziera się przez 10 tuneli, z czego 8 zrobiono ręcznie, nie używając dynamitu. Prace nad tą trasą kolejową trwały od 1923 roku do 1940. Konduktorzy rozdają dzieciom kolorowanki do rysowania i kredki. Na ekranach w wagonach pojawia się informacja o trasie: rysunki, stare zdjęcia, napisy w trzech językach: po angielsku, norwesku i niemiecku. Głos przewodnika opowiada o historii tej malutkiej części Norwegii. Przy 93 metrowym wodospadzie: groźnym, szumnym, z pryskającą wszędzie wodą - można na chwilę wysiąść i zrobić zdjęcia. A na maleńkich polankach między skałami tuż obok wodospadu tańczy kobieta w czerwonym stroju, uwodzicielski duch gór z tych rejonów - Hyrde.

Przesiadka w Myrdal i dalej już z powrotem do Bergen. W pociągu wszyscy drzemią, a przejeżdżamy tradycyjnie przez wszystkie pogody. Od deszczu i wiatru do słońca.

Na niektórych przystankach wysiadają ci, którzy gdzieś wsiedli po drodze i jadą np.do Stanghelle. To nad stawem, albo nad częścią fiordu. Mają kubełki na ryby i wędki. Będą łowić ryby w popołudniowym słońcu.

14 sierpnia

Dopisuje nam szczęście.

Trochę chmur na niebie, ale właściwie słonecznie. Można zrobić wycieczkę pod miasto, do Troldhaugen (Wzgórze trolli), gdzie przez wiele lat żył i tworzył Edward Grieg, kompozytor norweski okresu romantyzmu. Nad pięknym jeziorem jest jego muzeum, dom, domek nad wodą, gdzie komponował. Intensywna zieleń dokoła, piękne krzewy i drzewa, ścieżki, na których spotykamy łaszącego się rudego kota. Wśród zwiedzających dużo Rosjan, a w porze lunchu można posłuchać koncertu. Na fortepianie gra młody Norweg o polsko brzmiącym nazwisku Joachim Kwetzinsky. W programie specjalnie dobrane pieśni, tańce z motywami nawiązującymi do norweskich tradycji ludowych. Muzyka jest wyrazista, czuje się żywiołowy rytm (Marsz Trolli), chwilami liryczna, jakby pochodziła z zapatrzenia w taflę jeziora w Troldhaugen.

W muzyce, spośród twórców skandynawskich tylko Grieg zdobył pozycję światową. Jego koncert fortepianowy i utwory skrzypcowe, czy poemat symfoniczny „Peer Gynt” do sztuki Ibsena - grywane są często. A sam Grieg jesienią i zimą jeździł z koncertami po Europie, grając i dyrygując. Umiejętnie połączył w swojej twórczości romantyczne poszukiwanie emocjonalnych brzmień i tradycje ludowe. Przez całe życie szukał czegoś, co stworzyłoby kanon muzyczny sztuki norweskiej.

Z pewnego punktu widzenia patrząc, taka twórczość - o korzeniach narodowych, ale brzmiąca zrozumiale szerzej, międzynarodowo - mogła powstać tylko w Bergen. Bo Bergen było tym miastem Norwegii, które miało największe europejskie kontakty - bramą do Europy było rola w Lidze Hanzeatyckiej. Chociaż nie tylko.

Jest w Bergen stary kościół Matki Boskiej - „Mariakirken”. Mury z XII wieku, architektura romańska, prosta, surowa, kamienna, dodane trochę później, jeszcze średniowieczne portale. W środku przepiękny ołtarz z końca XV wieku w formie rzeźbionego tryptyku w stylu lubeckim. Pośrodku Maria, Matka Boska z dzieciątkiem, cała w złotych promieniach słonecznych, z księżycem pod stopami. Obok figury świętych, m.in Olafa, Antoniego, Katarzyny i Doroty. W bocznych skrzydłach Ołtarza galeria apostołów, dwunastu ze świętym Pawłem zamiast Judasza. Jest jakaś siła w tym ołtarzu. Coś, co nazwałbym skromnym bogactwem, bo ozłocone wszystkie postacie nie mają w sobie w żadnej pychy.

W stronę nawy głównej wychyla się ambona z 1676 roku, tajemniczego autorstwa, barokowa, ufundowana przez handlowców Bergen, z masą z żółwiowych grzbietów użytą jako materiał. W górę kręconych schodów prowadzą piękne rzeźby symbolizujące cnoty kardynalne. Każdą z cnót przedstawia kobieta z symbolem danej cnoty: kobieta z pelikanem, to Pokuta, kobieta z owieczką, to Cierpliwość, naga kobieta, to Prawda, kobieta z księgą i Krzyżem, to Wiara, a kobieta z dwójką dzieci, to Miłość. Ta pięknie wyrzeźbiona linia cnót podpierana jest przez barokowe Amorki.

Na ścianach kościoła obrazy z XVII wieku. Przy wielości stylów w tym miejscu - nic nie razi. Żaden styl i żadne historyczne korzenie nie eliminują niczego, co jest odmienne i pochodzi z innych czasów. Ten kościół staje się syntezą wiary tak, jak ją odczuwano - zawsze dodając do teraźniejszości to, co pochodziło z przeszłości. Barok nie eliminuje tu Średniowiecza, dodaje się do jego dorobku. Tak, jak piękne organy, które są teraz wersją z roku 2015.

Bergen, to fiordy. Bergen, to góry. Bergen, to deszcze. Bergen, to historia dorsza. Bergen, to modlitwa, muzyka i sztuka. Ale Bergen, to również smakołyki.

Nie tylko o ryby chodzi. W mieście pełno piekarni. Koło każdej zapach cynamonu. Bo wszędzie, jak to w Norwegii pełno jest drożdżowych bułeczek cynamonowych z ciastem skręconym we wzorki jak warkoczyki. Ale też i maślane bułeczki z czekoladą, rodzynkami. Drożdżówki z tutejszymi odmianami jagód (jagody, maliny, żurawina, bażyna - crowberry, moroszka - cloudberry czy lingonberry - borówka), posypane cukrem-pudrem i liźnięte lukrem. Świeże i pyszne.

Nadchodzi kolejny wieczór.

I wreszcie nie ma tłoku, żeby dostać się do bergeńskiej kolejki linowej, takiej samej jak na Gubałówkę w Zakopanem. Kolejka działa od 1918 roku, jedzie na wysokość 320 metrów na wzgórze Floyen. Widoki niesamowite. Widać całe Bergen. Ale widać też wszystkie zatoki i porty Bergen oraz wyspy otaczające to miasto. Zmierzcha, jest mało ludzi i względnie cicho. Z dala, od morza idzie chłód i cisza. Z pogodnego nieba płynie spokój. Z gór spływa do dolin nocne uspokojenie.

15 sierpnia

Pociąg z Bergen do Oslo. Trasą, która prowadzi przez góry dokoła fiordu Sognefjord, a później przez różne masywy górskie z niesamowitymi widokami stawów, lodowców, dolin i ośnieżonych szczytów, mimo, że to sierpień. Pociąg wznosi się z poziomu morza do przeszło 1200 metrów i dociera do Oslo leżącego znów na wysokości morza. W pociągu mnóstwo turystów: Japończycy, Hindusi, Arabowie, Amerykanie, Nowozelandczycy, Włosi, Hiszpanie, Niemcy….Rozmowy o Norwegii, o tym, co się widziało, co jest najbardziej atrakcyjne dla ludzi, którzy przylatują tu z bardzo daleka, albo z Południa Europy - jakby w poszukiwaniu innych doznań: surowej przyrody, norweskich żywiołów, czyli gór, morza, lasów.

Pociąg jedzie 7 godzin, kiedy może, nawet bardzo szybko, trasa pełna jest tuneli. Sięgam pamięcią do dzieciństwa. Kiedy jechało się na wakacje do Zakopanego lub w jego okolice, gdzieś od Stróży, czy Suchej Beskidzkiej zaczynały się góry. Stałem przyklejony do szyby lub wyglądając przez opuszczone w części okno ( wtedy było to jeszcze możliwe, a pociąg na tych odcinkach jechał jednak wolno) i patrzyłem zachłannie na coraz wyższe wzniesienia, na łąki, na gęstwinę leśną i choinkowe piękno. Podróż z Bergen do Oslo była takim powrotem do doświadczeń dzieciństwa. Wyglądałem i wyglądałem. Ale rozumiałem też różnice - to kwestia skali. Norwegia jest olbrzymia i cała właściwie w lasach i górach. No i jest inna, bo wody jest dużo więcej - rzek, stawów, jezior, fiordów. I jeszcze jedno - przyroda w tej dziecięcej podróży była taka jak polskie lasy w Gorcach i na Pogórzu. A w Norwegii są jeszcze karłowate brzózki, których pełno, aż z czasem nikną w coraz wyższych partiach, by zastąpiła je północna roślinność tundry.

W jakimś sensie wędrówka po Norwegii odsłania taką możliwość - powrotu do dziecięcego pojmowania żywiołów przyrody, do nieogarnionego zachwytu, że świat jest piękny. Jakie to naiwne ….i jakie to potrzebne, by docierać…. do siebie.

Oslo po południu jest pełne ruchu.

I ma niebywałe kulinarne atrakcje. Restauracyjka „Fjord” oferuje jedno menu, wybiera się tylko ilość dań, od 4 do 6. Najpierw jest wędzone mięso wieloryba. Cieniutki plasterek, moczony wcześniej w soku z pomarańczy, podany z chrzanem i pokrojonym w małą kosteczkę burakiem oraz rzodkiewką, posypany płatkami norweskiego sera. Później ugotowany policzek żabnicy (dziwnej ryby o ropuchowatej paszczy) na delikatnym musie z karczochów jerozolimskich, z pianką z małży. Jako trzecie danie można dostać jakby lekko opieczone kawałeczki ryby płaszczki z ravioli z ugotowanymi grzybami, zalane bulionem grzybowym. I główna część - nieduży, krwisty właściwie stek z rekina w otoczeniu wędzonych małych ziemniaków, podany na świeżej kapuście lekko sparzonej, w sosie balsamicznym na ciepło.

Uff - nie będę opisywał wrażeń smakowych, bo nie potrafię…. I na deser - karmelizowane orzeszki laskowe z musem pistacjowym oraz z orzecha laskowego, norweskimi czerwonymi jagodami, i z sorbetem z leśnych owoców podane w kompozycji składników ciepłych i zimnych.

Istota tej kuchni - odwaga w komponowaniu potraw nawet ze skrajnie różnych składników.

Po takiej kolacji można już tylko śnić.


16 sierpnia

Płyniemy małym promem na dalszą część półwyspu Bygdøy, odchodzącego trochę w bok od Oslo. Tam wyglądające jak olbrzymi namiot muzeum „Fram”. To nazwa statku (po polsku - „Naprzód”) zasłużonego dla polarnych wypraw Nansena i Amundsena. Statek jest w muzeum. Zwiedzamy go i oglądamy fantastyczną ekspozycję historii norweskich wypraw polarnych.

Przenoszę się znów w dzieciństwo. W serii wydawnictwa „Iskry” ukazywała się w Polsce po 1956 roku seria „Naokoło świata”. Białe okładki ze zdjęciem, i kolorowym paskiem w dolnej części. Jedna z jej pozycji to „Zdobycie Bieguna Południowego” Roalda Amundsena. Czytałem tę książkę z wypiekami, nawet nigdy nie marzyłem, że będę stąpał po pokładzie statku Amundsena.
Statek tworzyli mistrzowie. Badania oceanograficzne Nansena, analizy klimatu oraz zachowań lodu na Arktyce pozwoliły na konstrukcję, która przy ściskaniu lodem miała wypchnąć do góry statek jak jajko unoszące się w lodach i zastygłe podczas mrozów. Lody nie kruszyły statku, gdy w nich zamarzał - i na Arktyce dryfował wraz z krą, a na Antarktydzie pozwalał przetrzymać miesiące w okowach, gdy tymczasem polarnicy z bazy naziemnej (na-lodowej) szli zdobywać Biegun. „Fram” wędrował w latach 90. XIX wieku po Arktyce i był blisko pod wodzą Nansena osiągnięcia Bieguna Północnego. Po dwóch różnych wyprawach arktycznych, w 1910/11 statek wyruszył na Antarktydę pod dowództwem Amundsena.

Taka wyprawa to wielka logistyka. Obniżanie ciężaru sań z 70 kg do 28 kg przez rodzaj drewna i specjalną konstrukcję. Zapasy żywności właściwie na 5 lat, oczywiście z suszonym dorszem, mięsem i sucharami. Psy do zaprzęgów wiezione na statku, nawet zachęcane do rozmnażania się. Zapasy węgla, bo statek częściowo płynął jako parowiec. Urządzenia do badań meteorologicznych, oceanograficznych (naukowa szkoła Nansena), przyrodniczych, nawet astronomicznych. Wszystko to, co potrzebne do nawigacji i określania położenia. Broń do polowania. Namioty, śpiwory, narty, buty, odzież pozwalająca długo przebywać w temperaturze -40 stopni.

Kiedy to wszystko oglądam, przypominam sobie książkę. Ale też opisane przez Amundsena emocje między ludźmi, cały plan zajęć na każdy dzień, wspólne posiłki, kucharza robiącego naleśniki lub mięso z fok, wspólne piosenki (na statku było nawet pianino i patefon). I to jak filmowali świat kamerą z początku XX wieku. Wyprawy polarne wymagały szczególnych ludzi: z pasją naukową, odważnych, z refleksem, silnych, zahartowanych i umiejętnie planujących każdy szczegół, np.ile psów jest potrzebnych, by dotrzeć do bieguna.

14 grudnia 1911 roku Amundsen osiąga Biegun Południowy. Jest wyczerpany, ale wraca, zwija bazy i dociera wraz z innymi na statek, na „Frama”, gdzie robią sobie Boże Narodzenie. Jego wielki rywal Anglik Scott spóźnia się i dociera od innej trochę strony na Biegun Południowy w połowie stycznia. Niestety, wracając oddziela się w zamieci od towarzyszy, zamarza w namiocie, ginie. Po paru miesiącach jego ciało odnaleziono, a uroczysty pogrzeb odbywa się w 1912 roku w Londynie, z udziałem polarników całego świata.

Było coś niesamowitego w tej fascynacji badaniami polarnymi. Rozwój nauki, osiągnięcia wiedzy nawigacyjnej i inżyniersko-konstrukcyjnej szczytowe pod koniec XIX wieku, chęć i wola dotarcia do jedynych jeszcze niezdobytych miejsc na ziemi, wyzwanie pokonywania ekstremalnie trudnych warunków, to czynniki, które rozwinęły wyprawy polarne. Były to ostatnie takie eksploracje na ziemi. A pasja odkrywczo-podróżnicza dodatkowo potęgowana była lekturą co raz to kolejnych książek Juliusza Verne. Ta pasja trwała.

Dlatego rzesze kolejnych pokoleń młodych ludzi do początku lat 60. XX wieku z taką emocją przeżywało doświadczenia polarników i czytało z wypiekami o Amundsenie, Scott’cie, Nansenie, który już w czasie I Wojny Światowej i po niej odegrał olbrzymią rolę budując pokój, pomagając uchodźcom i jeńcom wojennym. To słynny paszport dla bezpaństwowców, paszport Nansena pozwolił setkom tysięcy ludzi wyjechać z krajów wojny, rewolucji, rozruchów. Był Nansen jednym z najznakomitszych laureatów Pokojowej Nagrody Nobla, przyznawanej właśnie w Oslo.

Zanim jednak jedyną dominującą pasją podróżniczą stały się wyprawy w Kosmos, Norwegia obdarowała świat jeszcze jednym ważnym zjawiskiem. Po przeżyciach związanych z muzeum „Fram” trzeba tylko przejść kilkadziesiąt metrów do kolejnego muzeum, dumy Norwegii - muzeum Kon-Tiki.

I znowu, pamiętam pierwszą lekturę „Wyprawy Kon-Tiki” Thora Heyerdahla w wieku kilkunastu lat. Opisy, jak rodziła się jego teoria dotycząca możliwego przepłynięcia z Peru na Polinezję, bo widać było podobieństwa we wzorcach estetycznych i kulturowych między światem Polinezji i indiańskich cywilizacji Ameryki Południowej. Po książkach Ruth Benedict z lat 30. tworzących podstawy dla antropologii kulturowej i teorii dyfuzji (przenikania się) kultur - takie hipotezy, jak Heyerdahla pobudzały wyobraźnię. Ale też w przygodowej książce Heyerdahla opisane zostało wszystko, co pozwoliło w ogóle zorganizować wyprawę i wyruszyć na ocean w 1947 roku.

Przede wszystkim potrzebne były olbrzymie bale z wielkich drzew de facto korkowych, które wycięto w czasie II wojny na wybrzeżach Peru, i trzeba było dotrzeć w głąb puszczy, by je ściąć, a później przetransportować i uzyskać specjalną zgodę aż Prezydenta Peru, by w dokach Limy tratwę zbudować. Nikt nie dawał szansy na udaną przeprawę przez Pacyfik, bo też nie było żadnej możliwości testowania sprawności i wytrzymałości tratwy. I dlatego ta przygoda tak podniecała.

Bo to była tratwa, i dlatego tak rozpalała wyobraźnię czytających książkę Heyerdahla chłopców. Płynąć przez ocean, przez Pacyfik tratwą powiązaną linami, bez steru, z żaglem, z brezentową budką jako namiotem do spania, z amerykańskimi, wojennymi jeszcze racjami żywnościowymi na 100 dni, z radiostacją do komunikacji, z umieszczonym z tyłu tratwy wielkim koszem na ryby. Aż chciałoby się taką tratwę zbudować i płynąć nią przez Bałtyk (w serii książek podróżniczych „Iskier” była taka - „Tratwą przez Bałtyk”). Pamiętam, jak organizowałem z chłopakami z podwórka zabawę w Kon-Tiki i uczyliśmy się wydzielać sobie racje żywnościowe na dzień, dzieląc się wykradzionymi z domu herbatnikami, czy sucharami.

Wszystkie te przeżycia wróciły w muzeum Kon-Tiki. I historia spotkań z rekinami, wielorybami, z potworem morskim długim na 9 metrów, z latającymi rybami, tak łatwymi do upolowania i pysznymi do jedzenia na śniadanie. Ale również historia niesamowitej załogi Kon-Tiki. Heyerdahl - który słabo pływał, inni - norweski bohater wywiadu z II Wojny Światowej, niemiecki sportowiec i inżynier, amerykański radiotelegrafista, inni - każdy z silną pasją podróżniczą. Cała historia jest świetnie w muzeum pokazana, można też obejrzeć film dokumentalny o wyprawie, który w 1951 roku dostał w swojej kategorii Oscara. A na wysokości oczu dzieci jest druga opowieść, snuta przez kraba, przyjaciela Thora, który opowiada, co działo się na Kon-Tiki.

W muzeum przedstawiona jest także historia kolejnych wypraw Heyerdahla, na papirusowej łodzi „Ra”, by dowieść, iż między Egiptem a Barbadosem i dalej Ameyką Południową, przez Atlantyk była możliwa komunikacja. Źródłem hipotezy było przekonanie o podobieństwach kulturowych - to samo, które towarzyszyło Heyerdahlowi przy Kon-Tiki. Ale ta historia działa się już w 1969 roku i podczas kolejnych wypraw w latach 70. Byłem już starszy, i świat przygód bardziej już wiązał się z bohaterami wypraw na Księżyc.

Wychodzimy z muzeów. Jest piękne słońce, można się rozłożyć na trawie. I patrzeć zachłannie na zatokę ożywiając wszystkie niewygasłe marzenia o podróżach.

I taka myśl, że Norwegia ma swoją złotą kartę w historii podróżnictwa. Amundsen i Heyerdahl są tego najlepszymi przykładami.

17 sierpnia

Ostatni dzień.

Szybkie pożegnanie z Oslo. Koło Katedry piękny targ wyrobów artystycznych ze szkła, kamienia, metalu. Biżuteria, fantastycznie kolorowe kubeczki i szklaneczki, ozdoby. A tuż, tuż restauracyjka na powietrzu. I dalej: spacery, maślane i cynamonowe bułeczki, sok jabłkowy. W muzeum sztuki - piękna kolekcja, a w niej Munch. Z najważniejszymi obrazami: „Madonną”, „Krzykiem”, „Melancholią”, „Śpiącym dzieckiem i ojcem”. Jest coś niebywałego, jak Munchowi udało się w ciągu paru lat złamać konwencje i wyprzedzić czas, dając swój, w pełni indywidualny sygnał dla ekspresjonizmu.

Podobnie łamał konwencje swojego czasu Vigeland. Rzeźbiarz, który otrzymał od miasta ziemię do przygotowania parku ze swoimi rzeźbami. Pracował nad nimi przeszło 20 lat. Dzisiaj razem z zielenią parku stanowią całościową kompozycję. Vigeland wyrastał z Secesji, ale stworzył swój indywidualny styl. Rzeźbił postaci ludzkie, ale nadawał realistycznym rzeźbom symboliczne znaczenia - jak „Rozzłoszczonemu chłopcu”, jak wielu przyjaznym lub wrogim relacjom mężczyzny i kobiety układając ich ciała w ruchu i płynności bliskiej linii secesji. Jego rzeźby to przetworzenia gór, jakby z mocy norweskich skał wyrastające kamienne ciała ze swoimi bogatymi znaczeniami. Zwieńczeniem tych prac był wielka rzeźba „Monolit”, nad którą pracował przeszło 20 lat (pokazana publicznie w 1944 roku, kilkanaście miesięcy po jego śmierci), stworzona w jednym kamieniu kolumna pokazująca ciała ludzkie kolejnych pokoleń: młodych, starych, dzieci nawarstwiające się na sobie. Idea cyklu życia: umieram i coś się rodzi, trwa dalej, żyje, umiera i przekazuje życie w nieskończonym układzie witalności, której elementem mimo wszystko zawsze jest śmierć.

Norwegia to Ibsen, to bergeński Grieg, to Munch, to Vigeland. To pasjonaci poznania sił przyrody i kultury: Nansen, Amundsen, Heyerdahl. To tradycje Wikingów, rybaków, handlarzy dorszem, łowców reniferów, królów i królestwa walczącego przez wieki o swoją niezależność w Skandynawii. To świat ludzi szukających inspiracji w tym, co najbardziej norweskie, w żywiołach Norwegii: morzu, górach, lasach. Ale Norwegia to również, mimo zmienności świata, mimo rewolucji technologicznych - stabilność i pewność przyrody. Nieskończoność i wieczna trwałość przyrody. Jej surowość, którą można próbować oswajać, ale żeby to robić trzeba się znaleźć w środku. W morzu, w górach, w lesie.

Do widzenia, Norwegio!

(Dziennik wakacyjny 2017, cz.II)
Michał Boni
Trwa ładowanie komentarzy...